Rolnicy siłą usunięci z Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie. Lider Agrounii opisał, co działo się w środku

Policja wyprowadziła siłą rolników z Agrounii
Policja wyprowadziła siłą rolników z Agrounii | fot. Agrounia

Rolnicy z Agrounii okupowali w czwartek budynek Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie. Protestujący spotkali się z wojewodą i przedstawili mu swoje postulaty. Po kilku godzinach do akcji wkroczyła policja, która siłą usunęła rolników z budynku. Wszyscy zostali przewiezieni na komendę.

Protest Agrounii w Lubelskim Urzędzie Wojewódzkim

Policja wyprowadziła w czwartek (1.12) z Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie 33 protestujących członków Agrounii, w tym jej lidera Michała Kołodziejczaka. Policjant dowodzący akcją dał rolnikom pięć minut na opuszczenie pomieszczeń biura wojewody.

Cały piętro było wypełnione funkcjonariuszami, częściowo zamaskowanymi. Trzech policjantów nagrywało całe zajście kamerami jako dowody w sprawie. Ostatecznie część rolników opuściła budynek sama z rękami założonymi na kark. Pozostali zostali wyprowadzeni siłą za ręce i nogi.

Policja tłumaczy, że „pomimo wezwania do opuszczenia pomieszczeń, nie zastosowały się do poleceń, dlatego niezbędna okazała się interwencja policjantów”. Rolnicy około południa weszli do gabinetu wojewody i odmówili wyjścia.

Co działo się w środku?

Do sprawy odniósł się sam lider Agrounii, który postanowił opisać to, co działo się w środku Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie. Poniżej wypowiedź Michała Kołodziejczaka.

„Na początek dnia spotkaliśmy się wszyscy w jednym miejscu (parking OBI przy ul. Chemicznej – przyp. red.). Wszyscy zdawali sobie sprawę, jak poważny temat podejmujemy. Ustaliliśmy przebieg konferencji. Zakleiliśmy usta, by podkreślić, że podejmowany temat jest tematem TABU. Wiedzieliśmy też, że mogą być dziennikarze mający złe intencje i głupim pytaniem, na które można dać pochopną odpowiedź, zniweczą nasze wysiłki. Dzięki dobrym ustaleniom i odpowiednim rozumieniu tematu uniknęliśmy błędów.

Przed wejściem do budynku zrobiliśmy konferencję prasową, na której wszyscy poza mną mieli zaklejone usta. To symbol zmowy milczenia w trudnym temacie przywozu zbóż z Ukrainy. Politycy, dziennikarze i zwykli ludzie w obawie przed hejtem boją się podejmować tego tematu. I wtedy się zaczęło.

W trakcie rozmowy wojewoda stwierdził, że wie o patologiach, jakie dzieją się w jego województwie. Sam przyznał, że pszenica, która była przeznaczona do palenia w piecu, bo nie spełnia norm, by zrobić z niej mąkę, jednak trafia na rynek spożywczy i jest przeznaczana do jedzenia. TO STRASZNE. A co dopiero z normalną pszenicą, która rzekomo miała wyjechać za granice, tylko przejeżdżając przez nasz kraj. Ona tym bardziej zostaje.

Wtedy już wiedział, że ja nie mogę wyjść, dopóki ta sprawa nie zostanie rozwiązana. Wraz ze mną było ponad 30 osób. Nikt nie chciał wyjść. Wszyscy jasno mówili, że trzeba czekać na odpowiednie decyzje i reakcje polityków. Zależało też na tym by w końcu opinia publiczna, zwykli ludzie dowiedzieli się chorobie zabijającej polskie rolnictwo. Bo za chwile jedzenie będziemy musieli przywozić z Kolumbii tak jak węgiel.

W trakcie rozmowy z wojewodą zadzwoniłem do ministra Henryka Kowalczyka. Wojewoda sam nie chciał zadzwonić, więc zrobiłem to ja. Tutaj był największy SZOK! Kowalczyk stwierdził, że problemu nie ma i wszystko jest pod kontrolą. Kiedy usłyszał, że jestem u wojewody lubelskiego i on twierdzi inaczej w słuchawce ZAPADŁA CISZA, dało się wyczuć strach. To był moment przełomowy. Wtedy dowiedzieliśmy się, że premier nie ma żadnego kontaktu z wojewodą, a na ich nieudolności zbijają kasę cwani ludzie.

Byliśmy w urzędzie do 15:30. Spokojnie siedzieliśmy, nikomu nie przeszkadzaliśmy. Za oknem było widać kolejne radiowozy, które przyjeżdżały. My się nie baliśmy, wiedzieliśmy, że jesteśmy w słusznej sprawie. To, co działo się po 15:30, mrozi krew w żyłach. Do spokojnie siedzących ludzi wkroczyła policja. Zaczęli nas na siłę wyciągać. Jeśli ktoś nie chciał iść, to oni szarpali, a jednego z rolników wręcz dusili. Usiadło na nim pięciu policjantów, założyli mu kajdanki i użyli jeszcze więcej siły, by go upokorzyć. Skandal.

Wszyscy zostali przewiezieni na komendę. Choć nikt nie wiedział kto i gdzie go wywozi. Kiedy byłem już na chodniku wyprowadzony przez policję, dałem krótką wypowiedź do mediów. Nagle podeszło do mnie kilku ludzi w cywilnych ubraniach i powiedzieli, żeby wsiąść do samochodu. Powiedziałem, że możemy rozmawiać, ale na zewnątrz. Szarpiąc mnie za głowę, wciągnęli mnie siłą. Zawieźli mnie na komendę. Z każdym zrobili tak samo. Jak nas potraktowali? To jakaś nienormalna pomyłka.

Była z nami jedna kobieta. Najpierw chcieli ją przewieźć w samochodzie z kilkunastoma mężczyznami – nie wiadomo czy policjanci, czy bandyci. Później zaproponowali IZOLATKĘ przeznaczoną dla przestępców. Rozumiecie to? Ludzi, którzy poszli do wojewody z dokumentem, wywieźli na komendę jak bandziorów. Przesłuchiwali nas policjanci, którzy na co dzień zajmują się gwałtami, morderstwami i najcięższymi przestępstwami. Sami się dziwili, że mają się zajmować nami. To był szok dla ludzi, których spotkało to pierwszy raz.

To wszystko trwało wiele godzin. Ja wyszedłem z komendy po 22:00. Czekałem na naszego ostatniego człowieka. Zostały mi postawione trzy zarzuty. Dwa z kodeksu karnego, jeden z kodeksu wykroczeń. Artykuł 193, artykuł 255. Oni chcą wsadzić do więzienia ludzi, którzy walczą o normalną Polskę”.

WASZE KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Dodając komentarz akceptujesz regulamin zamieszczania komentarzy w serwisie. Grupa Spotted Sp. z o.o. z siedzibą w Lublinie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.