„Znalazłam podobne ogłoszenie na Facebook’u. Gdy zobaczyłam informacje o zarobkach 1000 dolarów za pracę przy komputerze, niewiele myśląc się zgłosiłam. Już na drugi dzień zadzwoniono do mnie z zaproszeniem na „praktyki” i podpisanie umowy. W biurze w centrum Lublina były dwie młode rekruterki, które doskonale wiedziały, w czym uczestniczyły. Wmówiły, że będę zarabiać nawet 25 złotych za godzinę, że praca jest super łatwa i polega tylko na pisaniu na czacie z ludźmi ze Stanów Zjednoczonych. Pani rekruterka porównała to do bycia „terapeutą w internecie”. Zabrzmiało dziwnie, ale stwierdziłam, że znam angielski, więc w sumie warto zobaczyć, na czym to dokładnie polega. Gdy podpisałam umowę-zlecenie, której nawet nie dano mi przeczytać do końca, okazało się, że „praca biurowa” polegała na siedzeniu na zagranicznych sexkamerkach i czatowaniu obrzydliwymi typami. Nie miałam już opcji się wycofać, musiałam codziennie po 6 godzin pokazywać moją twarz na kamerze. Nie byłam zmuszana do obnażania się, jednak sugerowano mi, że w ten sposób zarobię więcej pieniędzy. Razem ze mną pracowało około 10 innych dziewczyn, siedziałyśmy w studiu, każda miała swoje stanowisko oddzielone parawanem. Wypowiedzenie trwało miesiąc, do tego czasu nie mogłam zrezygnować, gdyż groziła mi wysoka kara pieniężna. Po tym miesiącu oczywiście żadnego wynagrodzenia nie otrzymałam – podobnie jak inne dziewczyny, które tam ze mną pracowały. Próby odzyskania pieniędzy kończyły się groźbami, wyzwiskami itd. Poszłyśmy na policje, do inspekcji pracy, prawnika. Wszyscy rozłożyli ręce. Rekruterki, które tam pracują, wymyślają przeróżne rzeczy, byleby zwabić do siebie jak najwięcej osób. Są propozycje pracy biurowej, przy komputerze, jako hostessa, sekretarka itd. i do momentu podpisania umowy zatajają prawdę” – opisuje jedna z byłych pracownic.